Kilka dni temu po raz pierwszy spotkałem się z osobami, które poznały Eugenię Sienkiewicz-Przyałgowską i bardzo ciepło ją wspominają. Poniżej relacja ze spotkania z p. Alicją Jasiulewicz i jej córką p. Lidią Broyere, do którego doszło w Bydgoszczy. Zarówno ja jak i moje dwie rozmówczynie dowiedzieliśmy się sporo o życiu Eugenii. Dziękuję za podzielenie się tą historią.
Dom w Trynopolu
Historia relacji Eugenii Sienkiewicz-Przyałgowskiej i rodziny Jasiulewiczów zaczyna się przed II wojną w podwileńskim Trynopolu. Tam właśnie, gdzieś wśród łąk, nad Wilią, mieszkali Andrzej i Maria Jasiulewiczowie. I tam właśnie doczekali się trzech synów: Franciszka, Stefana i Zygmunta. „Środkowy” z nich, Stefan, został później mężem p. Alicji, z którą rozmawiałem.
W Trynopolu (dzisiaj to cześć Wilna) Jasiulewiczowie posiadali dom, w którym wynajmowali pokoje letnikom. I właśnie w takim pokoju urządziła sobie pracownię (letnią zapewne), Pani Doktorowa, czyli Eugenia Sienkiewicz-Przyałgowska, wówczas żona (zmarłego w 1945 r.) doktora Mariana Przyałgowskiego. Malarka i działaczka środowisk twórczych przedwojennego Wilna. Tam Eugenia spędziła kilka wyjątkowych miesięcy, zaś najmłodszy z synów Jasiulewiczów, Zygmunt, stał się jej ulubieńcem. Pisała o nim później „mój ukochany Zygmuś”. Jako przejaw tej sympatii Eugenia namalowała obraz przedstawiający małego Zygmusia w koszu z pomidorami. Obraz ten zachował się w rodzinie gospodarzy i mam nadzieję, że uda się go obejrzeć. Zachowały się również pamiątkowe łyżki, podarunek od Eugenii dla jej trynopolskich gospodarczy, z wyrytymi imionami synów: Franciszka, Stefana i Zygmunta.
Eugenia sporo w Trynopolu malowała. Z rodzinnych przekazów wynika, że były to przeważnie pejzaże, okoliczne łąki i lasy. Może są to te widoki, które znajdują się w zasobach Wileńskiej Galerii Obrazów? Trudno powiedzieć… Niewątpliwie jednak jej pobyty u Jasiulewiczów wywierały silne wrażenie na gospodarzy, o czym świadczy przekazywana i przechowywana w kolejnych pokoleniach pamięć.
Po wojnie Jasiulewiczowie zostali ekspatriowani do Polski, Pani Doktorowa została zaś w Wilnie. Dzisiaj wiemy, że zmarła w styczniu 1980 r.
Trzy spotkania z Panią Doktorową
Pani Alicja Jasiulewicz spotkała się z Eugenią trzy razy, w latach 70tych. Ale Eugenia nie była dla niej bynajmniej obcą osobą! Opowieści o Pani Doktorowej snuła Maria Jasiulewicz, jej teściowa, która przecież wielokrotnie gościła u siebie wileńska malarkę. Opowieści te zapadły w pamięć rodziny Jasiulewiczów tak głęboko, jakby Eugenia była niemal częścią tej rodziny.
Spotkania w Wilnie były, jak wspomniałem, trzy, na Antokolu. Pierwsze to spotkanie gdzieś na zewnątrz, gdzie Eugenia wypasała swoje kózki (bardzo je lubiła, o czym pisała we wspomnieniach) podkreślając, że są na „jej ziemi”. Istotnie, Eugenia posiadała po rodzicach dom z działką, który jednak został zabrany w drodze nacjonalizacji czy wywłaszczenia pod budowę nowego osiedla. Zanim powstały bloki, Eugenia mieszkała gdzieś w Wilnie, ale na dawnej ojcowiźnie wypasała jeszcze owe kozy. Zapewne wówczas panie wymieniły się adresami.
Drugie spotkanie było w mieszkaniu – czy raczej mieszkanku – Eugenii, znajdującym się w czymś w rodzaju dobudówki do nowych bloków, które powstały na Antokolu. Było to około 1973 czy 1974 r. i w spotkaniu tym uczestniczyła także p. Lidia, wówczas młoda maturzystka. Obie panie Jasiulewicz zapamiętały malowane farbami okna mieszkania oraz dużą ilość kotów (co powodowało jednak pewne problemy). Podczas tej wizyty p. Lidia otrzymała napisaną przez Eugenię ikonę z dedykacją „Na Chwałę Boga, Pociechę Bliskich, Zbawienie Zmarłych”. Eugenia jeszcze wówczas malowała, wykorzystując dostępne w okolicy materiały, w tym właśnie deseczki, jak ta, na której znalazła się ikona.
Po raz trzeci p. Alicja widziała Eugenię około 1979 r., zatem krótko przed śmiercią. Była już leżąca, schorowana. Przebywała wówczas w pokoju w mieszkaniu rodziny, która przyjęła ją do siebie (w zamian za wspomniane mieszkanie). Tam Eugenia zmarła w wieku 91 lat.
Korespondencja i wspomnienia
Mimo tego, że były to tylko trzy spotkania, to zapadły one w pamięć uczestników. Przejawem tego była korespondencja słana z Polski do Wilna i z Wilna do Polski. Zachowało się kilka zdjeć i przesyłek nadanych przez Eugenię, pełnych ciepłych i serdecznych słów. Tak pisała w gdzieś w pierwszej połowie lat 70tych (prawdopodobnie po pierwszym spotkaniu z p. Alicją):
Kochana Alinko!
Sądziłam, że o mnie tylko pani Maria pamięta, a cała Wasza Rodzina zupełnie o mnie zapomniała. Obecnie mam malutkie mieszkanie, ale na ziemi ojców. Jednak bardzo zmęczyłam się przenoszeniem. Najpierw na cały rok w centrum miasta, a teraz już na stałe mieszkanie z wygodami. Dwa razy przenosiłam się i też ani jestem zupełnie zdrową. Lata już biorą swoje. Trudno mi już nawet raz na tydzień iść do Kościoła. Więcej leżę i mnie odwiedza parę pań serdecznych, które mi przynoszą potrzebne rzeczy, bo samej trudno chodzić. Miło mi będzie z Tobą poznajomić, tylko już nigdzie nie chodzę. Parę razy kupowali i zabierali obrazy do galerii, do Muzeum i wiem nawet, że w kościołach (Katedra) zwieszali. Ja zaś nie mam sił i odwagi iść do Kościoła i tam oglądać moje obrazy. Ze mnie nie będziesz miała pociechy po ledwie chodzę i więcej leżę. Czasem trochę maluję małe obrazki. Całuję Was i Stefana. Ciepła zima i czasami bywają zupełnie wiosenne dni.
Eugenia znalazła też swoje miejsce we Wspomnieniach, spisanych przez Franciszka Jasiulewicza, czyli najstarszego z synów Andrzeja i Marii. Historia jej życia została uznana za intrygującą, chociaż w rzeczywistości ciekawsza (i zupełnie inna), niż opisał to Franciszek. Jednak samo jej wspomnienie świadczy o wrażeniu, jakie wywarła w rodzinie Jasiulewiczów.
Pani Alicja wspomina:
„Dla mnie Pani Doktorowa była wielką osobą, malarką, miłośniczką przyrody. Ważne było to, że dobrze się czuła w domu teściów w Trynopolu. Zachowałam ją w pamięci za piękne listy i pocztówki, które wysyłała”.
W pamięci zaś p. Lidii Eugenia zostanie jako „piękna kobieta, która miała wybitny dar. Wierzę, że to dzięki niej zainteresowałam się malarstwem, pokochałam sztukę i zajmuję się konserwacją obrazów”.
Na zdjęciu tytułowym p. Alicja Jasiulewicz i p. Lidia Broyere z domu Jasiulewicz. Pani Doktorowa zostanie zapewne w ich pamięci na zawsze.


